Można powiedzieć, że dzięki wznowionej przez wydawnictwo Skarpa Warszawska serii książek Iana Fleminga odkrywam Jamesa Bonda na nowo. Wcześniej, jak większość z nas, znałem postać agenta Jej Królewskiej Mości z licencją na zabijanie głównie z filmowych adaptacji. Jednak już po pierwszych tomach przekonałem się, że kino często ma się nijak do literackiego pierwowzoru. Nie inaczej jest w przypadku powieści „Żyj i pozwól umrzeć”.
Zapomnijcie o gadżetach, niewidzialnych samochodach i lekkim humorze. Literackie „Żyj i pozwól umrzeć” to brutalny, przesiąknięty dymem tytoniowym thriller. Ian Fleming napisał go w 1954 roku, w samym sercu zimnej wojny. Jako były oficer wywiadu doskonale rozumiał podział świata na dwa bloki i bezwzględnie wykorzystał to w swojej prozie. Powieść jest fascynującym dokumentem epoki – pokazuje postawy rasowe lat 50., które dziś są nie do zaakceptowania, ale jednocześnie dokumentuje świat szpiegostwa, w którym radziecki SMERSZ był realnym i przerażającym zagrożeniem. Fleming rzuca Bonda w sam środek starcia z przeciwnikiem, który budzi autentyczny, pierwotny strach.
Akcja zaczyna się od pojawienia się na rynku numizmatycznym dużej ilości XVII-wiecznych złotych monet, pochodzących prawdopodobnie ze skarbu pirata Sir Henry’ego Morgana. Szef Bonda, M, podejrzewa, że fundusze ze sprzedaży złota służą do finansowania radzieckiej siatki szpiegowskiej w USA.
James Bond leci do Nowego Jorku, gdzie wspólnie z agentem CIA Felixem Leiterem musi zmierzyć się w Harlemie z Mr. Bigiem (Buonaparte Ignace Gallia). Mr. Big to agent SMERSZ-u i genialny strateg, który kontroluje społeczność afroamerykańską w USA i na Karaibach, wykorzystując do tego kult voodoo. Scena w klubie „Stuyvesant” to popis budowania napięcia – Bond o mało nie traci tam życia, a Mr. Big demonstruje swoją bezwzględność.
Następnie akcja przenosi się do St. Petersburg na Florydzie. To tam dochodzi do jednej z najmocniejszych scen w literaturze sensacyjnej: Felix Leiter zostaje rzucony na pożarcie rekinowi. Bond znajduje jego okaleczone ciało z dołączoną karteczką o treści: „Nie dogadał się z kolegami”.
W finale Bond, napędzany chęcią zemsty i uczuciem do tajemniczej Solitaire, przedostaje się na wyspę Mr. Biga na Jamajce. Finałowa scena – holowanie Bonda i Solitaire za motorówką przez rafę koralową pełną rekinów – to majstersztyk grozy. Bond wygrywa dzięki instynktowi i ładunkom wybuchowym, a jego przeciwnik kończy jako pokarm dla morskich drapieżników w wyjątkowo sugestywnie opisany sposób.
Czy w ogóle jest co porównywać? Kinowa wersja Guya Hamiltona z Rogerem Moore’em to zupełnie inna bajka. Film to początek ery „lekkiego Bonda” – pełnego humoru, efektów specjalnych i pościgów motorówkami. Książka to niemal horror szpiegowski.
Książka jest lepsza jako mroczny thriller szpiegowski, natomiast film wygrywa jako czysta rozrywka lat 70., pełna spektakularnych scen i pamiętnej muzyki Paula McCartneya.
„Żyj i pozwól umrzeć” to powieść, która nie zestarzała się dobrze pod względem postaw społecznych, ale wciąż pozostaje świetnie napisanym thrillerem. Fleming stworzył ikonę popkultury, ale to w literaturze odnajdziemy prawdziwe oblicze 007 – znacznie mroczniejsze i bardziej brutalne niż to, które znamy z ekranu.
Moja ocena: 7/10 – Za scenę na rafie koralowej.
W cyklu "Ostatnio przeczytałem" chciałbym się dzielić z wami refleksjami na temat przeczytanych (lub odsłuchanych) książek. Kryminały i powieści sensacyjne są mi zdecydowanie najbliższe, ale często sięgam po political-fiction albo książki dokumentalne, biogramy czy wspomnienia.